niedziela, 20 maja 2012

Na podbój Marsa

    Dzisiaj będzie zarazem mniej i bardziej klasycznie. Mniej - ponieważ będziemy penetrować popkulturę, a bardziej - bo tym razem na starej, wysłużonej klawiaturze. Zaczynamy.

    Zawsze uważałem, że geniusz jest umiejętnością takiego odbierania świata, by z nieskończonej przestrzeni myśli wybrać te, które są najbardziej uniwersalną odpowiedzią na ludzkie potrzeby. Kiedy twórcy uda się to osiągnąć, ma już pewność, że jego dzieło nie tylko go przeżyje ale całkowicie usamodzielniając się, będzie trwało do samego końca człowieka. Oczywiście autor nigdy nie uzyska takiej świadomości ale to już jego problem.

    Dzieła wybitne, w których przejawia się iskierka geniuszu, nie ważne ile lat minęło, ciągle wracają do nas jak bumerang. Bądź bardziej po europejsku - jak akwizytorzy telewizji cyfrowej. W marcu tego roku wrócił do nas z otchłani czasu kolejny tytuł, któremu warto poświęcić trochę więcej uwagi.

    John Carter nie jest filmem, który szefowie Disneya będą wspominać z rozrzewnieniem. Mimo zainwestowania w niego 250 milionów USD ludzie nie walili drzwiami i oknami do kin a nad wytwórnią zaczęło krążyć widmo klapy finansowej. Gdzie leżała przyczyna? Prawdopodobnie w marketingu, samej produkcji niewiele można zarzucić. Ta wyszła im bardzo poprawnie, zresztą ciężko spodziewać się by reżyser takich hitów jak "Gdzie jest Nemo" czy "Wall-e" nagle zawalił sprawę. Dlatego nie warto sugerować się BOX OFFICE i innymi bzdurami ale po prostu iść do kina (albo w niedalekiej przyszłości kupić DVD) samemu oceniając czy rynek jest wyznacznikiem tego co faktycznie wartościowe dla odbiorcy.
E.R. Burroughs z ptakiem. Niestety nie kurą :(

    Film opowiada nieskomplikowaną historię żyjącego w drugiej połowie XIX w. amerykańskiego macho z południa, który porzucając zwaśnionych konfederatów i unitów postanowił dorobić się jako poszukiwacz złota. Zaowocowało to głównie tym, że przypadkowo został przeniesiony na Marsa, gdzie stał się bohaterem, uratował księżniczkę i wykonał jeszcze wiele równie prozaicznych czynności. Ot, dzień powszedni każdego kołboja. Dlaczego właściwie piszę o tym filmie? I tutaj dochodzimy do sedna i tego co kapitan Gdak lubi najbardziej.

    Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że John Carter nie jest tylko ekranową postacią z nadwyżką testosteronu ale to przede wszystkim postać literacka. Co więcej - cały film jest adaptacją, wydanej dokładnie sto lat temu (w 1912r.) książki pod tytułem "A princess of Mars" autorstwa Edgara Rice Burroughsa, która w Polsce ukazała się 15 lat później jako "Księżniczka Marsa". Historia powieści jest mniej więcej podobna do tej z filmu, czyli oldschoolowe sci-fi w klimatach pustynnych o warstwie fabularnej zbliżonej do "Flasha Gordona". Mimo niesatysfakcjonujących zysków z filmu, wielu Amerykanów z pewnością ucieszyło się z tej ekranizacji, chociażby dlatego, że sama książka od dziesięcioleci była dla nich punktem odniesienia dla późniejszego kina fantastyki naukowej. Podobno sam Georg Lucas poważnie się nią inspirował. Stąd też śledząc losy Johna Cartera możemy odnieść wrażenie, że gdzieś widzieliśmy niektóre motywy a poznając ich źródło, z pewnością, w niejednym czytelniku pojawia się poczucie satysfakcji. Dlatego wielbiciele gatunku zdecydowanie uznają to za perełkę. Niestety w Polsce nie jest dane cieszyć się nią do końca.

4 część cyklu o Marsie wydana w 1920r.
    "A princess of Mars" jest zaledwie pierwszą częścią, liczącego 11 tomów, cyklu Burroughsa (seniora a także juniora) o Marsie i tylko ją dane jest nam czytać w ojczystym języku. Cała reszta opowiadająca o dalszych losach Cartera oraz ludów czerwonej planety nigdy nie była wydana w naszym kraju. Oczywiście to duża strata dla polskiej wyobraźni, jednak mam nadzieję, że z czasem i to nadrobimy. A wydawnictwu, które się tym zajmie proponuję wręczyć medal zasłużonych dla Marsa.

PS
Burroughs poza wspomnianymi książkami jest także autorem wielu innych powieści jak np. cyklu o Wenus czy Księżycu i przede wszystkim o, tak dobrze rozpoznawanym w popkulturze, Tarzanie.

PPS
Przywołany przeze mnie wcześniej Flash Gordon, kultowy komiks oraz nie mniej kultowy film z 1980r., w tym roku podobno doczeka się swojej ekranizacji/remaku. Niestety bliższe informacje, na ten moment, nie są znane.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz